Lato się kończy, czas na podsumowania. Zebrałam dla Was kilka najciekawszych wydarzeń z wakacyjnych szlaków. Może macie własne, ciekawe spostrzeżenia co wyprawiają ludzie w górach? 🙂 Nieco z przymrużeniem oka.

Lato na Hali Gąsienicowej

Miejsce I – gaz pieprzowy

Absolutnym hitem tego lata był atak gazownika w kopule szczytowej Giewontu. Jeden pan słuchał głośno muzyki, nie chciał jej wyłączyć, to drugi postanowił nauczyć go porządku i zlał gazem pieprzowym. Spryskany nieborak nie był w stanie kontynuować wycieczki i zabrał go helikopterem do szpitala TOPR. Ale to nie wszystko. Gaz jeszcze raz postanowił błysnąć w Tatrach. Na Granatach, turystka wyjmując mapę przy okazji wyrzuciła z plecaka flaszkę gazu, a ten odbił się o skałę i wypalił prosto w innych turystów (historia od Roberta). Również nie przeprosiła.

Miejsce II – nieokrzesani rodzice niewinnych maluchów

Na pewno wszystkim utknie w głowie zdjęcie z via ferraty na Czerwonej Ławce, gdzie (najprawdopodobniej) ojciec wyciągnął małe dziecko, na oko 5-7lat, bez żadnego sprzętu asekuracyjnego. Mała nie była w stanie miejscami dosięgnąć do żelaznej liny. W wielu miejscach stawała bez ruchu obawiając się nawet najmniejszego kroku. Mimo namów jednej turystyki, która szła przed nimi – nie zawrócił.

Czerwona Ławka- via ferrata

Miejsce III – przeklęta nawigacja!

Turysta z Chin postanowił wybrać się na prostą wycieczkę asfaltem nad Morskie Oko. Że coś jest nie tak nie zorientował się, ale zorientowali go turyści, którzy napotkali na niego na Koziej Przełęczy (Orla Perć). Rozmowa była ponoć trudna, bo nie znał polskiego, a Polacy chińskiego.

Zagubienia w Tatrach to wręcz normalka. Mimo iż mamy świetnie wyznakowane trasy, niektórzy stawiają opór przed podążaniem za kolorem i np. wzywają pomoc dopiero ze ścian Kończystej. Pozytywne jest to, iż jeden z nich stwierdził, że to była jego pierwsza i zarazem ostatnia wycieczka w Tatry.

Schodząc ze Świnicy napotkałam na rodzinę zza wschodniej granicy – wyglądali jakby wpadli w Tatry z Krupówek. Walczyli na najprostszych trudnościach Świnicy i pytają nas z nadzieją w oku, że tam z drugiej strony to jest łatwe zejście, prawda? Bo im mapa w telefonie pokazuje tam szlak (na Zawrat, który jest bardzo trudny oraz przede wszystkim jednokierunkowy w odwrotnym kierunku). Innym razem Polacy na Świnicy chcący iść nad Morskie Oko. Da się, ale nie przez Świnicę. Zniszczyłam panu wycieczkę… Brak znajomości kierunku przebiegu szlaków jest dość popularny. Nierealne trasy jeszcze bardziej.

Miejsce IV – umęczone dzieci

Schodziłam z Kasprowego Wierchu w upalny dzień. Już na prostej w dolinie, lekko otyły chłopiec idący przede mną z matką, nagle wywija orła i kładzie się jak długi na brzuchu i twarzy. Podnosi głowę i mówi w obcym języku: „chce umrit”.

Inny młodociany turysta chciał sobie wejść na kamyczek nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Elegancko wpadł cały do wody po uprzednim poślizgnięciu się. Jak to ocenić? Złamał przepisy czy nie? 😉

Najciekawszym podsumowaniem wycieczki jednego z młodych kolonistów-piłkarzy był tekst na Karczmisku w drodze na Halę Gąsienicową: „mogłem nie jechać”.

Miejsce V – umęczeni dorośli

Jeszcze bardziej zadziwiło mnie na tym samym szlaku co innego – ojciec znoszący wózek dziecięcy, a matka dziecko. W okolicy skrzyżowania szlaku żółtego z Kasprowego Wierchu ze szlakiem na Liliowe wchodzimy sobie z Liliowego, a tu idzie od Kasprowego sapiący, upocony chłop i niesie – wózek dziecięcy. Wjechał na Kasprowy kolejką i postanowił zjechać z wózkiem do Kuźnic… Jest to oczywiście niemożliwe przez skalne stopnie, więc zarzucił pojazd na plecy, matka na barana dziecko i kontynuowali w ten sposób wycieczkę, kląc pod nosem.

Zabawnie wyglądał pan, który wyszedł sporo poza szlak,  wyrozbierał się z odzieży, zamoczył nogi w Czarnym Stawie Gąsienicowym, a następnie na kamieniu stroił pozy do swej partnerki prężąc muskuły. Szkoda, że nie szło to w parze z prężeniem zwojów mózgowych.

Czarny Staw Gąsienicowy

Zmęczyła się na pewno też pani, która zabrała na Czerwoną Ławkę i jej bardzo trudne łańcuchy – psa. Niosła go na rękach jednocześnie próbując trzymać się łańcuchów i potykając o smycz…

Miejsce VI – umęczeni rowerzyści

Którzy próbują wbrew zakazom, jechać rowerem nad Czarny Staw Gąsienicowy z Murowańca. Na szczęście po namowach kolegi przewodnika i zapewne zauważeniu charakteru terenu – zawrócił. Rowerem można wjechać do Murowańca z Brzezin i tu kończymy przejażdżkę. Teren absolutnie nie nadaje się na rower, a rzeka ludzi idąca nad staw na pewno łamania przepisów nie ułatwi.

Miejsce VII – niesforny sprzęt

Najczęstszym niedociągnięciem w oszpejniu (osprzęcie) jest błędnie noszony kask, jakby z tyłu głowy. Pisał podręcznik do alpinizmu „Góry – Wolność i przygoda”: „Wygląda chwacko, ale jest niebezpieczne”. Kask ma być naciągnięty na czoło!! Oraz zapięty. Widziałam również kaski rowerowe. W sumie lepszy taki niż żaden 😉

Hitem, jak pisze Małgorzata, był „chłopak wpinający się do łańcuchów lonżą przyczepioną do paska od spodni”. Obserwowałam też sporo osób ze sztywną lonżą zrobioną z karabinka i taśmy – śmiertelnie niebezpiecznie, można na tym tylko odpoczywać, a nie odpadać (łamie kręgosłup). Lonża musi mieć absorber! Oraz uprząż.

Jednak najmocniej zadziwił mnie czekan przy plecaku jednego z turystów w Murowańcu pod koniec lipca (brak śniegu).

Obuwie w tym roku mocno się poprawiło, ale nadal widzi się pojedyncze osoby w sandałach, crocsach, japonkach i klapkach, a także butach nadających się do kościoła lub na wesele 😉 Tenisówki z cienką podeszwą są idealnym sposobem na poczucie jak to jest odparzyć stopy, często praktykowanym.

Torebunia również nie wyszła z mody. Dominują dodatki w kolorze złotym. Co więcej wyposażeniem torebuni zdarza się być pies. Wstęp psów w Tatry Polskie i jest zabroniony z wyłączeniem Doliny Chochołowskiej i Drogi pod Reglami. Zakaz dotyczy niemal wszystkich parków narodowych w naszym kraju. Zdjęcie z Bieszczad. Tam też nie wolno. Pies w torebuni jest nadal psem.

Fot. Beata

Miejsce VIII – niecierpliwi

Turyści idący na Szczeliniec Wielki w zakorkowanym wąwozie krzyczący, że dadzą tym korkującym rachunek za parking do zapłacenia.

Miejsce IX – niedźwiedzie

Jeden pan gdzieś pod Ciemniakiem został zaatakowany przez niedźwiedzia, podobno po uprzednim zbliżeniu się do niego. Nie wiadomo czy podrapał go misiek, czy sam się udrapał uciekając w popłochu, ale wybiegł do Doliny Kościeliskiej w okolicę bacówki z zakrwawioną twarzą, skąd wezwano pomoc.

Miejsce X – kuszą kwiaty kuszą

Ciekawym widokiem był zerwany tojad mocny położony na stole w Murowańcu. Przypomnę, że to roślina trująca, toksyny przenikają przez skórę nawet przy dotknięciu… W parkach narodowych zabrania się zrywania roślin. A przez nieświadomość ich toksyczności można zrobić sobie sporą krzywdę.

Tojad mocny

Życzę spokojnej jesieni.